sobota, 19 kwietnia 2008

Wizy


W piątek byliśmy na umówionej wizycie w ambasadzie USA w sprawie wiz. Wreszcie się nam udało, bo wybieraliśmy się tam już trzy razy, ale za każdym razem coś nam wypadło i musieliśmy przesuwać spotkanie. Budynek ambasady mieści się w Downtown Vancouver, niedaleko przystanku Waterfront - końcowego dla linii B-98. Spotkanie mieliśmy umówione na 9 rano, planowaliśmy mieć jakieś 30 min rezerwy, godzina drogi, więc wstać musieliśmy dzikim świtem, o 6 rano. Przed ambasadą stało dwadzieścia kilka osób w trzech kolejkach - na 8:00, 8:30 i 9:00. Akurat jak przyślijmy to kolejka na 8:00 już się kończyła i ochroniarz pozamieniał tabliczki z godzinami i długi ogonek na 8:30 stał bliżej przy drzwiach, a kilka osób na 9:00 - w tym my - dalej. Staliśmy pod dachem, ale na zewnątrz, hulał wiatr i było zimno, zwłaszcza takim zaspanym kolejkowiczom jak my. Przed nami stał taki sympatyczny pan, który zapytał się strażnika o teczkę, jaką miał ze sobą. Okazało się, że teczki nie można wziąć ze sobą (ani parasola, telefonu komórkowego czy aparatu fotograficznego) i że w konsulacie nie ma miejsca na przechowywanie rzeczy. Na szczęście po drugiej stronie ulicy znalazł się sklep, gdzie za jedyne 2$ można było zostawić swoje rzeczy na czas wizyty u konsula. W międzyczasie ochroniarz postraszył jednego delikwenta, który próbował robić zdjęcia czekającym w kolejce. Po 30 min czekania kolejka na 8:30 się skończyła, nas podstawili pod drzwi i czekaliśmy już w "najpierwszej" kolejce, z której tuż po 9 zaczęli wpuszczać do środka.

W środku nieco jowialny ochroniarz kazał nam wszystkie rzeczy z kieszeni i paski od spodni położyć na tacy i przejść pojedynczo przez wykrywacz metalu. Oczywiście okazało się, że jak już przeszedłem przez ten wykrywacz to, akurat nie w tym momencie co trzeba i przypomniałem sobie że mam jeszcze w kieszeni klucze. Które o dziwo nie zabrzęczały, a ochroniarz znalazł w kieszeni mojej kurtki dwie nieotwarte paczki chusteczek, które wzbudziły jego podejrzliwość, na szczęście nie skonfiskował mi ich. Potem przeszliśmy piętro wyżej, gdzie stanęliśmy w kolejce z papierami. W klatce schodowej klimatyzacja wydawała z siebie potępieńcze jęki, żebyśmy wiedzieli co nas czeka jak będziemy próbować robić coś niedopuszczalnego. Zanim złożyliśmy nasze podanie w okienku odstaliśmy swoje 10 min, po czym dostaliśmy numerek i usiedliśmy w poczekalni. Na dużym telewizorze puszczany był film propagandowy w jaki sposób mamy dać sobie sczytać odciski palców. Przez 20 min. czekania aż nasz numerek B-52 zostanie wyświetlony czytaliśmy różne czasopisma z końca ubiegłego wieku, które mają umilać oczekiwanie.

Następnym krokiem była wycieczka windą na 20 piętro - winda wyjątkowo szybkobieżna bo przeciążenia przy 'starcie' i 'lądowaniu' były odczuwalne, aż dostaliśmy lekkiej choroby lokomocyjnej. Na tajemniczym 20 piętrze wszyscy z windy ustawili się w kolejna kolejkę do kolejnego ochroniarza i bramki wykrywającej metale. Na szczęście trwało to krótko i przeszliśmy do kolejnej poczekalni, wielkości zwykłego pokoju, gdzie siedziało na krzesłach może 20 osób. Pani z okienka nr 1 co chwilę prosiła kogoś do ściągania odcisków palców. Przed nami było jakieś 7 numerków więc szybko się tam dostaliśmy i cała procedura też na szczęście była bezbolesna. Wróciliśmy do naszej poczekalni, ale do ostatniej w tym dniu kolejki zostaliśmy wezwani naprawdę szybko i już nie wg kolejności numerków. To była rozmowa z pełnomocnikiem konsula (?), który zadał nam krótkie pytania o to jak długo jesteśmy w Kanadzie, o nasze wykształcenie, po co jadę do Redmond, o to czy znam Para (szefa MCDC). Gdy usłyszał odpowiedź Justyny, że zaczęła w Polsce studia doktoranckie i potem je przerwała i przyjechała ze mną do Kanady, to pokiwał ze zrozumieniem głową i stwierdził, że teraz muszę odpowiednio wynagradzać jej poświęcenie. Powiedział też, że wizy będą do odebrania we wtorek i że to koniec. Jeszcze tylko podróż szybką windą na parter, odebranie rzeczy ze sklepu i przed 12 byliśmy już obsłużeni.

Podsumowując: wizy to stanie w 6 kolejkach, $350 i 20 odcisków palców (ilość kolejek pewnie wzrośnie podczas odbierania wiz).

czwartek, 17 kwietnia 2008

Rolki



Wszystkie prognozy mówiły, że po chłodnym tygodniu w sobotę będzie ciepły i słoneczny dzień, więc chcieliśmy się ten czas spędzić na świeżym powietrzu. Nie mogliśmy tylko się zdecydować w jakiej formie - bo Justyna ma rolki, a ja rower. W piątek więc wybraliśmy się do sklepu sportowego z nadzieją kupienia jednego albo drugiego. Wybór rolek okazał się łatwiejszy, tak więc następnego dnia rano pojechaliśmy, do Downtown Vancouver, żeby razem z Stasiem i jego żoną Justyną pojeździć w Stanley Parku.

Ponieważ jedynym doświadczonym rolkarzem w naszym gronie był Stasiu, byliśmy prawdziwą bandą zawalidrogów. Szybko okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł spędzenia czasu w parku - ludzi było mnóstwo i na chodniku i na ścieżce rowerowej, co dodatkowo potęgowało stres związany z jazdą - nigdy wcześniej na rolkach nie jeździłem, ubrałem się w kask i ochraniacze wszelakie, które amortyzowały moje liczne upadki, ale bałem się że nie pomogą tym ludziom na których się będę przewracał. Na szczęście obyło się bez kontuzji.

Pierwszy postój mieliśmy przy indiańskich totemach, drugi przy "Syrence" (pani płetwonurek?), trzeci w Vancouver Aquarium. Nigdy przedtem nie byliśmy w oceanarium, więc zrobiło to na nas wrażenie. Wydaje nam się, że docelowy wiek zwiedzających jest niższy niż nasz, ale i tak się nam bardzo podobało - szkoda tylko, że nie było z nami Oli. W szczególności pokaz akrobacji delfinów wywarł duże wrażenie, choć było dużo ludzi, którzy niekiedy nam zasłaniali widok.



















W Aquarium trochę się zasiedzieliśmy i musieliśmy potem szybko wracać do Downtown, żeby Justyna i Staś mogli oddać swoje pożyczane rolki. Przez to wszystko wracaliśmy skrótem, gdzie było dużo strasznych miejsc dla początkujących rolkarzy.

Kiedy już cali i zdrowi skończyliśmy rekreacyjną część dnia, wybraliśmy się do Justyny i Stasia na obiad. Ich tymczasowe mieszkanie jest na 10 piętrze wieżowca tuż obok stacji Waterfront i z okna jest widok na zatokę i góry na północy Vancouver. Wieczorem jeszcze spotkaliśmy się z Pawłem, który podrzucił nas do domu.

















Więcej zdjęć w galerii.

piątek, 11 kwietnia 2008

Tajny projekt

Tuż przed Wielkanocą Marcin się niestety pochorował i w związku z tym nie udało nam się spotkać z innymi Polakami z Microsoftu, choć mieliśmy plany wspólnie spędzić Święta. Ostatecznie zostaliśmy w domu, ale też było fajnie. A od Poniedziałku Wielkanocnego, który tutaj jest najzwyklejszym dniem roboczym, Marcin pracował (zdalnie), gdyż lekarz u którego byliśmy przepisał mu antybiotyk i nie dał zwolnienia z pracy. Najwyraźniej uznał, że Vista jest na tyle beznadziejna, że pracownicy Microsoftu powinni więcej pracować a nie obijać się na zwolnieniu ;)

M: Ponad tydzień spędziłem w domu na przemian śpiąc i pracując. Kiedy już wróciłem do zdrowia, półtora tygodnia temu, przydzielili mnie w pracy do kolejnego projektu (serwis internetowy). Jest z nim dużo pracy, ale mam satysfakcję, że kiedy go rozwiniemy, będzie dostępny dla wszystkich i będę mógł, wskazując na stronę w domenie .live.com powiedzieć: „O.. a tu jak podasz ujemną liczbę to nie działa i nie umiemy tego naprawić!’’:). Krótki termin na realizację pierwszej prezentacji z projektu spowodował, że nie mieliśmy za dużo czasu.

Ale udało nam się w zeszły wtorek spotkać z prof. Idziakiem i drużyną UJ na Mistrzostwa Świata w Programowaniu Zespołowym, które tego roku odbyły się w Kanadzie, po drugiej stronie Gór Skalistych. Spędziliśmy miło czas przy przepysznym obiedzie w greckiej restauracji.
W sobotę zaś, razem z innymi Polakami z MCDC poszliśmy na Polski Maraton Muzyczno-Filmowy w Vancouver, gdzie udało nam się spotkać z tutejszą Polonią a nawet porozmawiać z Konsulem.

piątek, 21 marca 2008

Życzenia świąteczne

Życzymy Wam pięknych, radosnych Świąt Wielkanocnych. Nadziei, optymizmu i dużo słońca. Smacznych jajek, bab, mazurków, pysznego żurku. Choć odrobinę wody w Lany Poniedziałek. I prędkiego nadejścia wiosny.


poniedziałek, 17 marca 2008

Msza u św. Pawła


W minioną niedzielę zamiast do polskiej parafii poszliśmy do kościoła w okolicy - św. Pawła w Richmond, półgodzinny spacer od naszego nowego miejsca zamieszkania.

Kościół jest duży, na planie prostokąta 2:1, ale niski jak na swoja rozległość więc nie wydaje się być duży. Msza odbywała się po angielsku.

Kiedy weszliśmy do środka – trochę sie spóźniliśmy ale zdecydowanie nie byliśmy ostatni – kiedy już odnaleźliśmy się to dotarło do nas, że wśród wiernych, których było ponad 200 jest jakieś 90% skośnookich, czyli głównie Chińczyków. Reszta to byli biali i Hindusi – trzeba było dobrze się napatrzeć, żeby znaleźć kogoś o europejskich rysach twarzy. Wrażenie było niesamowite, w Richmond przywykliśmy do tego że co druga osoba jest z Dalekiego Wschodu, ale takich proporcji nie widzieliśmy nawet w SkyTrainie.

Szczególnie Justyna się wyróżniała, bo była chyba jedną z dwóch albo trzech blondynek w całym kościele. Większość wiernych była jej wzrostu albo niższa. Jeden tylko siwy Hindus długi i chudy, stał przy przejściu i wyglądał trochę jak Gandalf wśród hobbitów.

Kolejna rzecz, która była dla nas zaskoczeniem to odsetek wiernych przyjmujących Komunię Świętą, do której poszli prawie wszyscy. Inaczej niż w Polsce, ale podobnie jak w polskiej parafii w Vancouver do komunii podchodzi się tu ławkami i jest wielki porządek. Jedna ministrantka [tak – tu są ministrantki, w polskiej parafii też] powoli cofa się do tyłu i koło której ławki przejdzie ta wstaje i idzie do ołtarza. A kiedy doszła już do końca rzędu ławek, kościelny (chyba Hindus albo ktoś z tamtych okolic) o wyglądzie włoskiego mafiosa dał znak, że mogą iść do komunii ludzie z przedsionka. "Mafiozo", niczym policjant na skrzyżowaniu, kierował ruchem i pokazywał kto kiedy może iść. Natomiast ksiądz proboszcz był jak polscy proboszczowie i widać było po nim że ma dużą parafię.

Nieprzyjemne wrażenie zrobił tylko moment, kiedy po błogosławieństwie na wyjście, wszyscy zaczęli się rozchodzić i rozmawiać, a ksiądz czytał ogłoszenia parafialne. Ale ogólnie doświadczanie było ciekawe i pewnie się jeszcze nie raz tam wybierzemy. Być może uda nam się też odwiedzić kościół dominikanów w Vancouver i będziemy mogli podzielić się kolejnymi wrażeniami.

Dwa tygodnie przeprowadzki


Dwa tygodnie temu przeprowadziliśmy się do centrum Richmond, mieszkamy teraz na 302B-8651 Westminster Highway. Do pracy autobusem C96 jadę tylko 25 minut, raz nawet, jak była pogoda, udało mi się wybrać tam rowerem. Przeprowadzka jak to przeprowadzka – czasochłonna i męcząca, pożyczyliśmy na weekend samochód z Avisu: udało mi się jakoś zachachmęcić i ponieważ jestem pracownikiem Micorsoftu i kiedyś już miałem od nich samochód, udało mi się go pożyczyć bez dodatkowej opłaty 25$/dzień od kierowców poniżej 25 roku życia.

W przeprowadzkową sobotę (1 marca) jeździliśmy po całym Greater Vancouver w poszukiwaniu okazyjnych mebli, udało nam się dostać biurko z North Vancouver, stół i krzesła z Surrey, krzesło z Richmond, łóżko z Burnaby (z łóżkiem to dopiero w tą niedzielę skończyliśmy swoją przygodę, bo materac nie pasował do ramy i musieliśmy wymienić ramę – tu rozmiary łóżek mają swoje nazwy: twin, queen, king; ale w rożnych częściach kontynentu oznaczają one trochę co innego i akurat nasza rama i materac miały inne pochodzenie – choć jedno i drugie z Ikei). Dodatkową korzyścią z tych rozjazdów było to, że zobaczyliśmy North Vancouver, co prawda głównie z samochodu, które już zupełnie leży na stoku góry. Mamy nadzieję się kiedyś wybrać tam na dłużej. W niedzielę zaś kupowaliśmy meble w Ikei i woziliśmy nasze pudła z rzeczami z jednego mieszkania do drugiego.

W ciągu następnego tygodnia głównie skręcaliśmy meble, przy czym Justyna większość z nich skręciła sama, kiedy byłem w pracy. Udało mi się wreszcie dostać telefon komórkowy, zamówić Internet i w zeszły wtorek po perypetiach już byliśmy podłączeni do świata. Nie zdążyliśmy jeszcze wszystkich pudeł rozpakować, na bieżąco sprzątamy, rozpakowujemy się, kupujemy brakujący sprzęt AGD i próbujemy odzyskać nasze zapasy proszku do prania itp., które zostały w poprzednim mieszkaniu.

Praca zafundowała mi w ostatnim czasie porcję biurokracji w związku z Midyear career discussion, oraz z wizami B1/B2 do USA. Wizy to w MCDC gorący temat, po tym jak w Bussines Weeku napisali o nas, że jesteśmy "refugee camp". Żeby udowodnić że tu nie ma terrorystów zaprosiliśmy do siebie konsula i w czwartek zwiedzał MCDC.

wtorek, 11 marca 2008

Photosynth, Photozoom i MSW

Niedawno zakończyła się konferencja MIX08, na której pokazano miedzy innymi Internet Explorera 8, ale nie to jest na niej najciekawsze. Mnie najbardziej podoba się Photozoom i rzeczy z nim związane.

Przede wszystkim Photosynth. Projekt już nie najnowszy, ale ciągle nie pokazany w całości. W skrócie chodzi o to żeby z miliona zdjęć odtwarzać coś na kształt mapy 3D poprzez dopasowanie podobnych zdjęć. Coś w stylu bird's eye view w Virtual Earth albo streetview w Google Earth, tylko że bardziej uniwersalny. Poskładane zdjęcia są dostępne jako coś w rodzaju obrazu 3D, na razie na stronie są tylko zdjęcia promów NASA. Do użycia wymaga (niestety) windowsa, ale można zobaczyć tylko film-prezentację.

Photozoom jest natomiast albumem zdjęć, który automagiczne prezentuje je wszystkie na raz z rozbudowanym zoomem. Idealne zastosowanie do surface/table computing. Dotychczas można tylko było oglądać prezentacje, ale na MIX08 Microsoft udostępnił możliwość tworzenia własnych albumów. Wrzuciłem do niego zdjęcia ze Szkoły Letniej 2006, niestety trochę trwa zanim je przetworzy. Do oglądania potrzeba Silverlight 2.0 (flasha od Microsoftu), który jest dostępny pod Windowsa i MacOSXa. To nie jest jeszcze photosynth, ale i tak jest fajny.

Jeśli komuś któraś z tych technologii przypadła do gustu to jeszcze zarekomenduje pracę w Microsofcie - na MSW (intranecie korporacyjnym) są dostępne narzędzia do samodzielnego tworzenia albumów photosynth, niestety Microsoft confidental for internal use only.




czwartek, 21 lutego 2008

Paluszek i główka* to dobra wymówka


Zapisaliśmy się do polskiej parafii św Kazimierza. Taką mamy nadzieję; tu parafie są imienne, w odróżnieniu od Polski, gdzie są terytorialne - tu każdy się deklaruje gdzie chodzi do parafii i na podstawie tego archidiecezja ma jakieś informacje o wiernych. Nie bez trudności wypełniliśmy formularz pobrany ze strony internetowej i oddaliśmy go do parafialnej skrzynki pocztowej. Najbardziej zadziwiły nas pozycje "Jak możesz pomóc swojej parafii?" odwołujące się do przykazań kościelnych. Jest tam rubryka gdzie wybiera się sposób finansowego wsparcia - można złożyć jednorazowy datek i otrzymać na niego pokwitowanie do urzędu skarbowego albo zamówić zestaw kopert, w których co niedzielę oddaje się pieniądze na tacę. My na razie ciągle utrzymujemy tradycyjne rozwiązanie, ale może z czasem się "zamerykanizujemy". Kolejną formą pomagania parafii jest pomaganie osobiste i tu można wybrać jedną z kilkunastu funkcji.

W weekend znaleźliśmy mieszkanie, do którego mamy się zamiar wprowadzić na początku marca, wtedy też je (mamy nadzieję, że baterie dojdą) obfotografujemy z każdej strony. Mieszkanie jest w centrum Richmond, w czteropiętrowym bloku przy Westminister Highway między No 3 Road i Garden City. Dla niezorientowanych w topografii Richmond: oznacza to, że mam 5 km ścieżką rowerową wzdłuż Westminster Hwy do pracy oraz jakieś 200 m do supermarketu Save On Foods i 300 m do centrum Richmond. Więc zapowiada się interesująco – może zamiast samochodu wystarczą nam rowery, bilety miesięczne (finansowane przez Microsoft) i wózek sklepowy? Jeśli tak –to zdecydowanie powinniśmy od rządu BC dostać jakąś bonifikatę podatkową za wspieranie proekologicznych rozwiązań:).

Mieszkania szukaliśmy poprzez CraigsList oraz przez DADA Destination Services, czyli przez przemiłą konsultantkę Betty. Przez takie równoległe szukanie na oglądanie naszego mieszkania umówiliśmy się na sobotę na trzy różne godziny, więc na szczęście nikt poza nami nie miał szansy go wynająć :). Betty ma z nami prawdziwe urwanie głowy bo zadajemy jej różne podchwytliwe pytania: „Czy na rolkach można jeździć po ścieżkach rowerowych i chodnikach?” (podobnie jak w Polsce, w Kanadzie też pojęcie „rolkarza” nie występuje i traktuje się go jako coś pomiędzy pieszym a rowerzystą), „Gdzie możemy kupić świeże mięso na rosół?” itp. Ale ma do nas anielską cierpliwość i jest przesympatyczna, nie dość że po nas do Steveston przyjeżdżała samochodem i odwoziła na po oglądaniu do domu, nie dość że podczas tych operacji miała drobną stłuczkę (nauczka: nie rozmawiaj przez telefon nawet jak stoisz na czerwonym świetle), oraz że dostaliśmy od niej własnoręcznie upieczone muffiny, to jeszcze chciała nam dać rolki po swoich córkach, ale dla mnie były za małe, a Justyna już ma swoje.

Rozmawialiśmy też z Betty (nazwisko panieńskie babki – Sokołowski) o weselu i pocieszała nas, że jak ona sobie organizowała wesele zdalnie z Victorii (Vancouver Island) w Vancouer to też było ciężko. I że kupiła sztabki złota (kiedy były za 300$ za uncję) bratankom na ich prezent ślubny ale teraz, kiedy złoto jest warte 1000$ prezent stał się nagle wyjątkowo drogi.

Mamy nadzieję, że jak tylko uruchomimy aparat, wprowadzimy się do nowego mieszkania to uda nam się jeszcze załączyć zdjęcia z Betty i naszymi landlordami (którzy też są sympatyczni i ciekawi, ale o tym innym razem).

*główka – ładowarka

Praca ma sens:)

Praca ma sens :) Przynajmniej tak to wygląda w tym tygodniu. W zasadzie jest to pierwszy tydzień kiedy wiedziałem co mam ze sobą zrobić, co dawało mi duży komfort psychiczny. Głównie zajmowałem się jednym z dwóch projektów – reklamami w http://spaces.live.com – niestety szczegóły są tajne, w każdym razie projekt daje dużo satysfakcji intelektualnej, z jednej strony jest dużo wymyślania i główkowania, a z drugiej strony ucze sie wreszcie ASP.NET (na marginesie głównych prac), co (na początku?) jest fajne. A ponieważ to jest swoisty dział badawczy i wszystko co robie to są prototypy, więc w zasadzie mogę sobie i poprojektować i postestować i poimplementować. Więc – przynajmniej na razie – zapowiada się że znowu [tak jak w ABB i Motoroli] nie będę zajmował się takim żmudnym „klepaniem kodu” tylko robił coś względnie innowacyjnego.

Niestety zaniedbałem trochę przez to drugi projekt – Microsoft Surface, ale planuje do niego wrócić w najbliższym czasie. Najbardziej chytre jest to że mój „manager” od Surface siedzi w Pekinie, a ten od Spaces w Redmond, więc spokojnie mógłbym pracować 20h/dobę :) Na szczęscie nikt mnie do tego nie goni.

Z innych ciekawych „społecznych” wydarzeń w MCDC to kolega wybiera sie na Team Morale Event do USA gdzie razem ze swoim zespołem będą chodzić po górach w rakietach snieżnych.... To oczywiście w ramach reklamowania pracy w MS:)

środa, 6 lutego 2008

Autobusy

Jeżdżąc do pracy autobusem ma się dużo więcej czasu na refleksje, w szczególności na temat komunikacji miejskiej. Po dwóch dniach takiego jeżdżenia zdecydowanie brakuje mi samochodu. Mam nadzieję, że jak przeprowadzimy się gdzieś blizej centrum sprawa dojazdów nie będzie taka problematyczna. Bo na razie jedyny sensowny autobus - na szczęście bezpośredni - jeżdzi bardzo dookoła. A powrotne dużo się spóźniają, głównie przez tą kosmiczną gęstość przystanków. Kiedy akurat nikt nie wsiada/wysiada to autobus śmiga, ale jak co 50 m staje to wtedy jest dużo gorzej. I jeszcze jedna dziwna rzecz - siedzenia są pokryte jakimś śliskim paskudztwem i trudno się utrzymac na miejscu podczas gwałtowych przyśpieszeń i hamowań.

Szukając jakiegoś miasta w Polsce o podobnych charakterze jak Richmond pomyślałem o Tychach. Oba miasta mają porównywalnie wiele mieszkańców, oba są porównywalnie rozległe i oba są głównie "sypialniami". W obu jest masę scieżek rowerowych i zieleni. I w obu miastach jeżdżą linie pospieszne, na których kursują turystyczne autokary.

wtorek, 29 stycznia 2008

Śnieg



Ochłonęliśmy już nieco po pierwszym szoku i to co nas na początku dziwiło stało sie bardziej zwyczajne. W poniedziałek przyjechały do nas nasze rzeczy z Polski, więc zastawiliśmy nimi nasz wydawało się duży salon. Jednak gdy postawić w nim 12 sporych pudeł to nie bardzo jest jak przejść. Tylko co my z nimi zrobimy kiedy przyjdą panie sprzątaczki? Udało się nam też jako tako poradzić sobie z przestawieniem się na 110 V - kupiliśmy wtyczkę odpowiedniego kształtu i używamy na razie tylko rzeczy dwunapięcowych. Uruchomiliśmy też komputer stacjonarny i przekonfigurowaliśmy sieć w domu.

We wtorek zaskoczyła nas pogoda - w Richmond spadł śnieg. W Vancouver był już on w weekend, ale u nas było sucho. Rano obudziło nas wycie samochodów, które nie mogły podjechać na śliski podjazd z garażu podziemnego. Śniegu spadło kilka centymetrów, tak że cała okolica stała sie biała i wszystko wyglądało niezachęcajaco do pójścia do pracy. Drogi w Steveston były nieodśnieżone, gdzieniegdzie pokryte zbitym śniegiem i lodem, ale głównie pośniegowym błotem. Dopiero bliżej centrum było lepiej. Myślę, że bardziej my i nasz gospodarz domu byliśmy zaskoczeni zimą niż drogowcy.

Niestety nasz chwiliowy spokój mąci fakt, że w weekend zabierają nam samochód, a w przyszłym tygodniu trzeba się zabrać za szukanie mieszkania.







wtorek, 22 stycznia 2008

Sun Day (zdjęcia)



W Niedzielę przyszedł jeden z 65 dni słonecznych w Vancouver. Więc prosto z mszy pojechaliśmy zobaczyć kolejne nieznane miejsca.












Zdjęcia z Knight St. którą jeździmy do kościoła. Większość okolicy jest pagórkowata i tylko wyspy delty rzeki Fraser, gdzie leży Richmond są płaskie.


Wybraliśmy się na Burrard Mountain, gdzie leży Uniwersytet Simona Fraser. Wzgórze ma 370m, pólnocne stoki schodzą bardzo stromo wprost do zatoki, przebiega przez niego Canada Trail, a porośnięte jest w większości lasem iglastym. Zdjęcia są z naszej wycieczki z parkingu, na szczyt, potem w dół Canada Trail do punktu widokowego i z powrotem.



















środa, 16 stycznia 2008

Wyprawa do Downtown


Tak się złożyło, że do Vancouver wylecieliśmy tego samego dnia, co Krzyś, jednak spotkać udało nam się dopiero w niedzielę.

Mieliśmy się zdzwonić w niedzielę rano, ale my wyjechaliśmy do kościoła na 10:00 i tylko wysłaliśmy maila, że spotkamy się na stacji Burrard Skytrain o 12. Po mszy podjechaliśmy samochodem w okolice stacji Nanaimo (niestety nie ma tam Park&Ride, więc parkowaliśmy w bocznej uliczce) i pojechaliśmy SkyTrainem do centrum.

SkyTrain to w pełni zautomatyzowana (bez maszynisty) szybka kolejka miejska. Co ciekawe, nie ma automatycznych drzwi oddzielających peron od torów. Większość trasy jest napowietrzna i tylko w Downtown schodzi pod ziemię. Zaczyna się na Waterfront i biegnie aż do New Westminster, które okrąża, po czym dużym łukiem zawraca z powrotem do centrum. Kursuje bardzo często, zanim podeszliśmy z samochodu widzieliśmy jak uciekły nam 4 kursy.

Na stacji Burrard czekaliśmy i czekaliśmy, ale Krzyśka nie było, nie mogliśmy się do niego dodzwonić, a żadne z nas nie ma telefonu komórkowego. Kiedy już naczekaliśmy się dość, postanowiliśmy podjechać jeszcze do końcowej stacji Waterfront (póki mieliśmy jeszcze ważne bilety) i zobaczyć SeaBusa. I akurat kiedy wysiedliśmy z kolejki i szliśmy rampą do przystani, spotkaliśmy Krzyśka, który nie odebrał naszego maila, ale też szedł zobaczyć SeaBusa.

SeaBus to kolejny element transportu publicznego w Vancouver. Ten szybki prom w ciągu 15 min. przewozi pasażerów z Vancouver Downtown do North Vancouver w poprzek zatoki Burrarda. Mieści on około 400 pasażerów i kursuje średnio co pół godziny.

Kiedy już nacieszyliśmy się tym, że dzięki zamiłowaniu do komunikacji publicznej spotkaliśmy się mimo tego, że się nie dogadaliśmy, poszliśmy zwiedzać Downtown.

Krzysiek poprowadził nas najpierw do zegara parowego, a potem do Chinatown. To był nasz pierwszy dzień w centrum i pierwszy dzień kiedy było widać góry, więc na każdej przecznicy zatrzymywaliśmy się i robiliśmy zdjęcia.

"Tu jest bardziej jak w Chinach" - skomentował Krzysiek, porównując tutejsze chińskie osiedle do Chinatown w Londynie, które jest wg. niego bardziej reprezentacyjne i turystyczne, a tutejsze jest bardziej brudne i mieszkalne. Byliśmy w chińskim ogrodzie "Dr Sun Yat Sen Classical Garden", podobno pierwszym klasycznym chińskim ogrodzie poza Chinami. Musi tu być pięknie na wiosnę, choć teraz też było ładnie i zielono, zważywszy na to, że mamy styczeń.

Downtown zrobiło na nas negatywne wrażenie. Nigdy wcześniej nie byliśmy w żadnej dzielnicy wieżowców i kojarzyły nam się raczej ze lśniącymi szklano-stalowymi budynkami banków. Tu większość wieżowców, to nie budynki komercyjne, a apartamentowce. Ulice są brudne, jest dużo jest żebraków, często z głównej alei skręca się w wąską uliczkę, gdzie na asfalcie poniewierają się śmieci nie mieszczące się już w kontenerach. Po sennym Steveston, brzydkim, ale względnie czystym centrum Richmond spodziewaliśmy się czegoś na poziomie. Z daleka - zwłaszcza z nocnego SeaBusa - wygląda bardzo ładnie, ale nie chcielibyśmy tam mieszkać.

Po Downtown poszliśmy na krótki spacer do Stanley Parku, jest tam ładnie, zwłaszcza jak na tą porę roku. Mają dobrze wydzielone ścieżki rowerowe i chodniki, więc fajnie musi się tam jeździć.

O zmierzchu wróciliśmy sobie do centrum trolejbusem, przepłynęliśmy SeaBusem tam i z powrotem (i nie byliśmy jedynymi pasażerami którzy tak robili!), a potem wróciliśmy do domu.

New Westminster


Kiedy Tadek zwiedzał Westminster, my byliśmy w New Westminster.

Geografia polityczna Vancouver i okolic przypomina Trójmiasto lub Górny Śląsk. Jest tam kilka miast: Vancouver, Richmond, Burnaby, North Vancouver, West Vancouver, Surrey,... które w całości tworzą Greater Vancouver, zwane też od niedawna Metro Vancouver. Jest to obszar ograniczony z jednej strony Górami Nadbrzeżnymi, z drugiej Zatoką Georgia, a od południa granicą z USA. Mieszka tu 2,2 mln ludzi, z czego ponad 500 tys. w samym Vancouver.
Większość tych miast to sypialnie z hektarami domków jednorodzinnych, tylko Vancouver ma "downtown" z prawdziwego zdarzenia - z wieżowcami, kolejką podziemną itd.

New Westminster jest niewielkim miastem na wzgórzu nad północną odnogą rzeki Fraser. Wybraliśmy się tam zobaczyć czy warto tam zamieszkać. Z samego patrzenia na mapę wyglądało to interesująco:
* blisko pętli 410, które potem jedzie przez pola do Microsoftu, więc podróż trwa tylko pół godziny
* jest autostrada oraz ścieżka rowerowa do MCDC
* jest SkyTrain, czyli napowietrzne metro do centrum Vancouver
Na miejscu okazało się że jest tam wielka góra - tzn. tylko wąski pas nadbrzeża jest nisko, zaraz potem zaczyna się strome wzgórze - tak strome, że na początku krążyliśmy dookoła, bo baliśmy się wjechać samochodem z automatyczną skrzynią biegów. A na wzgórzu jest dużo domków jednorodzinnych i kilka apartamentowców (i niskich i wysokich), ale daleko od pętli 410.

Kiedy wjechaliśmy na górę się rozejrzeć, zaparkowaliśmy na zboczu koło japońskiego kościoła (chrześcijańskiego) i coś mnie podkusiło żeby skręcić koła tak żeby samochód nie zjechał jak puszczą hamulce. Niestety wyjąłem już kluczyki, więc zablokowała się nam kierownica. Pogoda była typowa jak na "Beautiful British Columbia" (taki napis mają tu wszystkie rejestracje) tzn. padało, więc nie bardzo chciało nam sie wychodzić rozglądać; ja lekko spanikowany czytałem instrukcje do samochodu bo nie mogłem sobie poradzić z blokadą, a Justyna robiła zdjęcia czarnej wiewiórce która hasała na skwerku przed kościołem.


W końcu udało nam się odjechać, przejechaliśmy jeszcze kilka przecznic i zrobiliśmy zakupy w WalMart. Ten sklep również okazał się być podobny do całej reszty kanadyjskich hipermarketów, a w dodatku nie ma (albo my, ciapy, nie znaleźliśmy?) świeżych warzyw, owoców i mięsa. Nie myśleliśmy, że tu tak trudno będzie z zakupami.


Pierwsze wrażenia z MCDC

Ostatnie trzy miesiące w Polsce pracowałem w Motoroli.
Było tam średnio, wszystko było strasznie zbiurokratyzowane - ludzie byli fajni, mili, starali się i walczyli jakoś z biurokracją na poziomie CMM5 , ale porównując MS i Moto (wielkie korporacje) to w MS wszystko jest jakoś mniej formalne. Może to dlatego że Motorola dużą część swojej aktywności wiąże z kontraktami rządowo-militarnymi i tam pewnie wchodzi w rachubę absolutna tajność i prześwietlanie przez służby specjalne (amerykańskie, polskie i wewnętrzne - motorolowe) do 7 pokolenia.

W każdym razie w MS komputer był od razu, nie musiałem o niego nigdzie pisać i prosić, rejestrować się itd. Były słuchawki i LiveCam'y w wielkim kartonie, więc wziąłem i zainstalowałem. Część różnic wynika pewnie z innej kultury pracy w Polsce i w Kanadzie, więc nie jest to tylko różnica międzykorporacyjna.

W Motoroli jest wielki plan szkoleń ITP których jest milion, a dokładnie z 2 miesiące nieustannych wizyt na szkoleniach. ITP były fajne, niektóre (Requirements managment) były genialne, ale ogólnie było tego dużo i nie były jakimś sensownym posetem. W MS miałem jeden dzień szkoleń ogólnych z pracy, w tym super szkolenie (wideo) z kwestii prawnych, zrobione naprawdę z humorem. Zostało mi jeszcze do zrobienia elektronicznie szkolenie związane głównie z bezpieczeństwem. Poza tym miałem szkolenie z mieszkania w Kanadzie, podatków, czekam na szkolenie z wiz do USA oraz mieliśmy wycieczkę nieruchomościoznawczą po Greater Vancouver. Myślałem że "bus tour" to będzie coś gdzie zrobię jakieś zdjęcia itd., a tu okazało się, że jeździliśmy i miłe panie z DADA (odpowiedzialne za nasze zadomowienie się tu) opowiadały ile wynoszą czynsze.

Wczoraj miałem rozmowę z menedżerami z Richmond i tyle ile mogę powiedzieć to:
* Strona AdLabu (mojego zespołu)
* Microsoft Surface (może coś na to będę pisał ale nie wiem co)

czwartek, 10 stycznia 2008

Mieszkanie w którym straszy

W naszym mieszkaniu są dwie pary zamkniętych drzwi. Jedne prowadzą do komórki, gdzie stoją pudła do wszystkich urządzeń elektronicznych jakie mamy - tyle przynajmniej widać przez szparę. Natomiast drugie drzwi - koło naszej sypialni i schowka na pralkę i suszarkę - były dla nas zagadką. Do naszych kluczy do domu jest przypięty jeszcze jeden klucz, który nie pasuje ani do drzwi do komórki, ani do tych drugich zamkniętych drzwi, ani do skrzynki pocztowej w holu.

Wczoraj Justyna znalazła na naszym tarasie za rogiem kolejne tajemnicze drzwi, i okazało się że do nich pasował klucz. Byliśmy bardzo podekscytowani i trochę przerażeni takim wchodzeniem gdzieś gdzie było zamknięte - za drzwiami była sypialnia - najpierw przypomniało nam się Mullholand Drive i pomyśleliśmy że to jest nasza sypialnia - i może wchodzimy przez jakieś lustro albo coś - ale po braku bałaganu szybko poznaliśmy że to jest druga sypialnia. Baliśmy się że to do innego mieszkania, ale nikogo tam nie było. Były drzwi i za tymi drzwiami było już nasze mieszkanie. W tej nowej sypialni odkryliśmy trzecią (!) łazienkę, najlepiej wyposażoną - z wanną i prysznicem, deskę do prasowania, żelazko (które już kupiliśmy).

Ale postanowiliśmy zamknąć tamten pokój i nie przyznawać się że go odkryliśmy. Tylko chwilowo pożyczyliśmy sobie deskę do prasowania.