piątek, 4 marca 2011

Terroryści

Tytułowi bohaterzy to oczywiście HMRC, czyli brytyjski urząd skarbowy i nie chodzi tu o 20% VAT czy brak możliwości wspólnego rozliczania się z podaktu dochodowego, ale o przygotowywanie formularzy opisujących rzeczy które przywozimy ze Stanów.

Po pierwsze chcą żebyśmy dokładnie wypisali jakie mamy perfumy, jak dużo, gdzie kupione, jakiej marki, kiedy kupione, o jakiej wartości etc etc. Po drugie na liście rzeczy których import jest zabroniony poza narkotykami, bronią palną, nożami i mięsem - zabronione są też komiksy z horrorami.

Na pocieszenie US Treasury zdeponowało mi $1107 na pustym nowootwartym koncie. Niestety pewnie trzeba będzie oddać...

środa, 2 marca 2011

42 km

Tyle przeszedłem na trasie dom-praca-dom odkąd przeprowadziliśmy się do Cambridge, to mniej więcej tyle co z Katowic do Żelisławic, czyli przed długi okres czasu najdłuższa odległość jaką pokonywałem w życiu samochodem (jako pasażer).

W Cambridge dominują rowery, wszyscy na nich jeżdżą jak szaleńcy, do tego jeszcze jest ruch lewostronny i wąskie ulice i chodniki - więc nie wiadomo gdzie się chować - aż się nauczyłem robić "shoulder-checki" na chodniku przed zmianą kierunku. Niestety nasze rowery jadą gdzieś przez prerie, albo płyną przez Pacyfik, więc nie mamy z nich pożytku. Ale 3.8km to niecały 1km więcej niż droga do liceum, albo Pałacu, więc 35-40min wystarczy (czyli na każdą godzinę w pracy przypada niecały 1km spaceru). Autobusem wraz z dojściem na przystanek taka podróż zajmuje 30min, więc nie jest to zbyt duży postęp.

Ruch samochodowy jest mocno ograniczony, wjazdowe ulice do centrum miasta maja wysuwane pachołki które chowają się w jezdni za okazaniem identyfikatora. Ale mimo tych nieamerykańskich warunków miasto jest bardzo przyjemne - wygląda trochę jak Kraków który kończy się na Alejach.

Praca w Microsoft Research jest fantastyczna - przede wszystkim wszyscy robią wrażenie istotnie mądrzejszych ode mnie, więc jest wiele perspektyw do nauki. Po drugie panuje tam dużo większa różnorodność i bardziej "geekowy" klimat - jakieś niestworzone wynalazki z styropianu, monitorów LCD i klocków lego, które być może są częścią jakiegoś poważnego projektu, a być może służą tylko do zabawy są porozkładane na różnych szafkach, czasem nawet w kuchni. Atmosfera jest dużo bardziej naukowa niż na głównym kampusie, nawet MikTex jest preinstalowany na firmowym laptopie:) Poza tym nowy team jest dużo bardziej zintegrowany - bo w zasadzie jesteśmy tam jedynymi ludźmi z Binga (na trochę ponad 100 osób), więc chodzimy razem na lancze, kawę itd. Niestety oferta kulinarna jest jeszcze słabsza niż w City Center Plaza w Bellevue, ale cóż - nie można mieć wszystkiego - rekompensuje to sobie jogurtami bakomy z Tesco.

W poniedziałek było dla nowych pracowników spotkanie z jednym z dyrektorów MSR, prof. Simon Peyton Jones (ten od Haskella), trochę opowiadał historii, po krótce co robią różne grupy - było tam też dziecko mojego obecnego teamu - AdPredict. Z nowo przyjętych ludzi tylko ja byłem etatowym pracownikiem - reszta to doktoranci, postdocy i profesorowie na badaniach - z tego co zapamiętałem - ktoś z RPA, doktorant z Kalifornii pracujący nad komputerowym systemem śledzenia pszczół i dziewczyna z Kanady modelująca komputerowo wpływ wycinania lasu na żyjące tam zwierzęta (i potem się dziwią skąd takie stereotypy).



poniedziałek, 28 lutego 2011

Wyprowadzka ze Stanów

Przeprowadzacze do Wielkiej Brytanii:
- spakowali makulaturę i żarówki 110V
- nie wynajęli nam hotelu na jeden dzień i jedna noc spaliśmy w pustym mieszkaniu, bo hotel był dopiero od czwartku
- t-mobile prepaid nie ma roamingu w EU (jak na Wołyniu przed wojną)
- w czwartek, dwa dni przed odlotem wszystko się w pracy posypało
- lecieliśmy przez Minneapolis do Londynu, szkoda że nie bezpośrednio
A oto zdjęcia z szalonej antyparapetówy wśród gołych ścian:

środa, 19 stycznia 2011

Poniemieckie autostrady w Kalifornii

Ostatnimi obrabianymi, w długie, szare, desczowe wieczory zdjęciami, były radosne i słoneczne zdjęcia z wakacyjnych odwiedzin Tomka w Kalifornii - studia filmowe Warner Bros., muzeum figur woskowych, leniuchowanie na plaży, oraz ogrody botaniczne Huntingtona dodawały energii do pracy. Nie mieliśmy o tym pisać, ale temat niejako sam się pojawił.



Chodzi o kilka słów wyjaśnienia w sprawie autostrad - tytułowa poniemiecka autostrada to Arroyo Seco Parkway/Pasadena Freeway z Los Angeles do Pasadeny, wybudowana w latach 1930-1940 w miejscu dawnej ekspresowej płatnej drewnianej drogi rowerowej California Cycleway z 1897 roku. Mimo iż Kalifornia nie była wtedy jeszcze rządzona przez Austriaka z pochodzenia, droga bardzo przypomina to co III Rzesza zostawiła w zachodniej Polsce:
  • Betownowa nawierzchnia z płyt, które się już zdążyły nieźle zwichrować
  • Wąska (jak na Kalifornię 3 wąski pasy w jedną stronę bez pobocza to wąsko) i kręta - przebiega przez pagórkowaty teren i jej inspiratorami byli ludzie z kalifornijskiego automobilklubu, którzy lubili sobie przyjemnie pośmigać na zakrętach
  • Z prawdziwymi "suicide lane", czyli wjazdami i zjazdami pod kątem prostym, gdzie jest tylko 2-3 metry na "rozpędzenie się" i iście samobójcze włączenie się ruchu.
Jeśli ktoś jechał w Polsce A18 z Legnicy do Berlina, albo autostradą Berlin-Szczecin (po obu stronach Odry) to błyskawicznie odnajdzie się na tej kalifornijskiej autostradzie 110. Jeśli do tego Kalifornijczycy robią   wrażenie bardziej się śpieszących i śmiganie ich autostradami jest bardziej stresujące niż jazda takowymi w Waszyngtonie czy Polsce i przypomina wąską drogę ekspresową Bytom-Gliwice to wyjaśnienie tytułu będzie kompletne.

Z samochodowych przygód to jeszcze dostaliśmy w Pasadenie mandat za złe parkowanie (bo parkingowy nie zobaczył kwitka, który był w schowku) - więc napisaliśmy odwołanie i po 3 miesiącach (z obiecanych 6 tygodni) dostaliśmy list z City of Pasadena, że postanowili "przebaczyć i puścić w niepamięć".


poniedziałek, 13 grudnia 2010

If On A Winter's Night


Nasza parafia Dominikanów w Seattle jest pod wieloma względami uboższa niż ta krakowska, czy nawet szczecińska. Ale i tak lubimy ją najbardziej ze wszystkich kościołów na tym kontynencie które zdarzyło się nam odwiedzić.

Trzy tygodnie temu była taka świąteczna pieśń na wyjście, którą kojarzyłem, potem się okazało że to była tradycyjna Lo How A Rose E're Blooming, którą znałem z zeszłorocznej płyty Stinga If On A Winter's Nigh.
Tej niedzieli zaśpiewali Gabriel's Message - ciekawe czy jakoś inspirowali się doborem repertuaru.

Dziwne, choć radosne, uczucie słyszeć w kościele pieśni które znało się wcześniej tylko z popularnych nagrań - zwłaszcza że są to tradycyjne anglojęzyczne kolędy.

środa, 8 grudnia 2010

Muzeum lotnicwa i Kerry Point Park

To oczywiście zaległy komentarz do zdjęć z wakacji - Seattle, amerykańska stolica przemysłu lotniczego ma do zaoferowania wiele atrakcji - latem z Mateuszem i Anitą odwiedziliśmy Muzeum lotnictwa. Z ciekawych egzemplarzy był tam archaiczny Air Force One, ponadźwiękowy Concord i szpiegowski Black Bird. Dla miłośników prostszej techniki była stodoła, w której zaczynał Boeing (wtedy nie było garaży) wraz z modelami, obrabiarkami etc.

Poza tym odwiedziliśmy o zachodzie słońca Kerry Point Park z widokiem na Seattle.

A co do zaległych zdjęć - została nam już tylko słoneczna Kalifornia - idealnie na zimowę aurę - i mamy ambitny plan skończyć przed przylotem do Polski.

Kinect Party

W poprzednią sobotę Zuzia z Marcinem podzielili się swoją nową zabawką i mogliśmy wreszcie poczuć jak to jest być kontrolerem.

Microsoft Kinect, bo o nim mowa, jest dodatkiem do konsoli Xbox, który rozpoznaje ruchy i granie zaczyna polegać na skakaniu i machaniu rękami. Wydaje nam się że główna grupa docelowa kończy się na nastolatkach, ale nam się bardzo podobało. Polecamy go szczególnie tym którzy uważają że granie na komputerze to tylko marnowanie czasu i zdrowia, Kinect jest zdecydowanie czymiś innym.

Mistrzem wszystkich gier, w szczególności tanecznych okazał się być Filip, który chyba trenował wcześniej w pracy, bo potrafił powtarzać takie sekwencje ruchów o których się filozofom nie śniło.

piątek, 26 listopada 2010

Hu hu ha zima zła!

W niedzielę u nas zaczął padać śnieg i tak padał z przerwami aż do wtorku.
Nie było go dużo, może 2cm dziennie, ale gdy temperatura spadła poniżej zera zaczęło się dziać źle. W poniedziałek rano autobusy jeździły objazdami ("snow route") - więc niepotrzebnie 30 minut czekałem wraz z innymi potencjalnymi pasażerami na nieczynnym przystanku. W pracy było nas może 10%, głównie ci co mieszkają na tyle blisko by mogli dość na piechotę.

Wieczorem kataklizm nabrał rozmachu - Bellevue i Seattle położone jest na dosyć stromym, pagórkowatym terenie, a każdy podjazd zamienił się w ślizgwakę i na ulicy działy się rzeczy jak na filmikach z Youtube'a - byłem świadkiem podobnego zjeżdżania na mniejszą skalę u nas koło domu gdy wracałem z zakupów z Safewaya.

We wtorek media trąbiły o tym by zostać w domu - większość posłuchała, przez co miasto było całkowicie wymarłe. Główne skrzyżowanie w Bellevue w poranne godziny szczytu świeciło pustkami, restauracje pozamykane, centra handlowe opustoszały. Nawet nowo otwarty z wielką pompą (kolejki przed sklepem, koncert Miley Cyrus) w poprzedni czwartek sklep Microsoftu był pustawy i można było w spokoju pooglądać nowe modele Windows 7 Phone.

Cały ten galimatias był spowodowany strategią walki ze śniegiem jaka jest powszechnie przyjęta w Seattle - przeczekanie - "śnieg spadł to i kiedyś stopnieje". Wbrew pozorom ma to dużo sensu, bo na przykład w zeszłym roku nie było ani jednego śnieżnego dnia. A po pierwszym dniu paraliżu ci co potrzebują gdzieś dojechać zakładają łańcuchy i dają sobie radę. Co ciekawe - chodnik były posypane solą już pierwszego dnia, a większość dróg w ogóle nie została posypana - mimo że USA to zdecydowanie bardziej kraj kierowców niż pieszych.

W środę sytuacja się ustabilizowała, śnieg zaczął topnieć a w Święto Dziękczynienia mieliśmy zimę już za sobą, a dziś w Black Friday znowu jest zielono i pochmurno, ale w górach na szczęście ciągle pada i nawet wyciągi w nieodległym Snoqualmie Pass są czynne.

wtorek, 16 listopada 2010

Baby Shower

Justyna była ostatnio na Baby Shower drugiej Justyny - amerykańskiej imprezie gdzie (głównie koleżanki) obdarowują przyszłą mamę różnymi przydatnymi prezentami, oraz oswajają się w wzajemnie z nadchodzącymi zwyczajami które dziecko wprowadzi do rodziny.
Część męskiego grona oddała się wtedy dla równowagi prymitywnemu podbijaniu świata.
Jak widać było ciekawie i sympatycznie, niestety Justynka nie zdradziła wszystkich sekretów więc treści niektórych zabaw muszę się sam domyślać.

Na koniec tradycyjne zaległe zdjęcia - tym razem z Microsoftu, University of Washington, Bellevue Botanical Garden, Chinatown i Planszówek.